logo

Druk wolnego słowa zaczął się w Lublinie

Paweł Nowacki

Dreszczyk polegał na tym, żeby nie przyłapali nas szefowie akademika. To był powielacz spirytusowy i trzeba było uzupełniać ten płyn denaturatem, bo spirytus był drogi i niedostępny. Chodziło o to, żeby w akademiku nie śmierdziało denaturatem – jego zapach był kojarzony z marginesem społecznym, który się nim upijał i chodziło o to, żeby nie sugerować, że my też „walimy dyktę”, bo na terenie całego akademika obowiązywał zakaz picia alkoholu. Granda byłaby z powodu picia alkoholu w KUL-owskim akademiku, a nie z powodu tego, że w roku 1976 ktoś drukował tam ulotki – mówi Paweł Nowacki, jeden z pierwszych podziemnych drukarzy w PRL, w rozmowie z Jarosławem Wróblewskim

Kiedy uświadomił pan sobie, że w PRL nie ma wolnego słowa, że jest cenzura, czyli blokowanie prawdy o tym, jak jest naprawdę?

Dosyć wcześnie – to było moje pierwsze przeżycie w czasie obchodów Milenium Chrztu Polski w 1966 roku. Doznanie małego, dziesięcioletniego chłopca, który przyjechał z tatą w pielgrzymce do Gniezna. Były kwietniowe dni, już ciepłe. Przyjechaliśmy 25 kilometrów z Wrześni, skąd pochodzę, do Gniezna, gdzie odbywały się wielkie uroczystości. Trwały kilka dni i były o tyle niezwykłe, że nieprawdopodobnie wielka rzesza wiernych z różnych stron zebrała się przed katedrą na Wzgórzu Lecha na mszy polowej. Odprawiał ją kardynał Stefan Wyszyński, w koncelebrze m.in. z kardynałem Karolem Wojtyłą. Kiedy się modliliśmy, równocześnie w odległości ok. 200 metrów odbywała się głośna impreza na Rynku, na której zgromadzono aktywistów partyjnych. Ustawiono tam armaty, z których strzelano salwami. Oni w tym samym czasie obchodzili tysiąclecie państwa polskiego. Na rynku przemawiał z trybuny przewodniczący Rady Państwa marszałek Marian Spychalski. Były ustawione wielkie głośniki i ta komunistyczna impreza przebijała się do modlących się nieopodal ludzi.

Msza była zagłuszana?

Staliśmy dość blisko ołtarza i jako chłopiec miałem pierwsze doświadczenie, że to jest jakaś kompletna schizofrenia, że dwie rzeczywistości wykładają swoje racje, z których czymś oczywistym jest, że jedna jest po prostu fałszywa – ta opowiadana przez komunistów, którzy stanęli w kontrze do inicjatywy Kościoła katolickiego i prymasa, i ich zwalczali. I ta prawdziwa, katolicka.

Rozmawialiście o tym w domu?

Mieszkaliśmy w małym mieszkanku, we Wrześni, był jeden pokój i kuchnia, a nas w domu pięcioro – rodzice i troje dzieci. Spałem z ojcem na takim dużym tapczanie i on zawsze słuchał Radia Wolna Europa, dopiero po godz. 22, bo wtedy nie działały już zagłuszarki. Zasypiałem więc z Wolną Europą przy uszach. Ojciec

słuchał chyba do północy. Miałem więc od małego świadomość, że otaczająca rzeczywistość jest schizofreniczna, że komuniści mówią swoje, a prawda jest przekazywana gdzie indziej. Czy ojciec to jakoś komentował? Nie, ale pozwalał mi słuchać, a tam po prostu Paweł Zaremba i Alina Grabowska wszystko tłumaczyli. Było wiele programów publicystycznych i informacyjnych. To była dla mnie taka wstępna, czysta edukacja.

Jakie wydarzenia miały jeszcze wpływ na pana antykomunizm?

Miałem 14 lat. Między świętami Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem przejechał wujek Leon Frąckowiak z Gdyni – pracował w biurze projektów w gdańskiej stoczni, w wysokim biurowcu i widział, co się działo w grudniu 1970 roku. To była taka osobista relacja o masakrze, o walkach stoczniowców z MO, o strzelaniu do ludzi – i w Gdańsku, i w Gdyni, o płonącym komitecie PZPR. Ojciec pozwolił mi tego słuchać, to było silnie doświadczenie, bo o tym w ogóle nie wolno było mówić oficjalnie. W Polskim Radio była mowa o nieuzasadnionych przerwach w pracy, a nie o protestach, które miały charakter oporu fizycznego i o manifestacji siłą zmiażdżonej. Z ludźmi rozstrzelanymi na ulicach. Miałem więc już w 1970 roku głęboką świadomość, że bunt przeciwko komunizmowi może się wiązać ze śmiercią. Dla mnie – przecież jeszcze dziecka – wstrząsające.

Jak wujek o tym opowiadał? Płakał, cierpiał?

Opowiadał bez emocji. Taka była jego osobowość. Ale dla mnie, dziecka, to jednak była opowieść wstrząsającą – o leżących na ulicy ludzkich ciałach.

W PRL wolne, nieskrępowane cenzurą słowo było też głoszone w Kościele?

Tak. Od 1969 roku byłem związany z Ruchem Światło-Życie księdza Franciszka Blachnickiego. Dlatego miałem świadomość, bo on to mówił dość jasno – co potem precyzyjnie sformułował także kardynał Wojtyła – że komunizm jest systemem kłamstwa, kłamstwa od samego początku. I to nie była kwestia kłamstwa dotycząca historii, jak choćby sprawa mordu katyńskiego, ale że komunizm głosi fundamentalne kłamstwo dotyczące człowieka. Ponieważ człowiek nie jest bytem wyłącznie materialnym i ma duszę, a chrześcijaństwo ten fenomen opisuje i definiuje; Chrystus jest zbawicielem człowieka. I życie jest także po śmierci, że to jest w ogóle cel ludzkiego żywota tu na ziemi. Ksiądz Blachnicki równie dobrze to opowiadał, a ponieważ miał swoje wcześniejsze doświadczenia z więzienia niemieckiego, obozu koncentracyjnego i wyroku śmierci, a potem więzienia w Katowicach za Krucjatę Trzeźwości i Krucjatę Wstrzemięźliwości, miał też konfiskaty przez bezpiekę dokumentów programowych dla swoich działań. Był w tym przekazie prawdy bardzo naturalny, więc doświadczenie, że jest w Polsce cenzura, było dla mnie oczywiste.

Jaki to miało na pana wpływ?

Z premedytacją wybrałem studia na KUL-u, bo to była jedyna uczelnia, na której nie było obowiązku przerabiania kursu marksizmu-leninizmu zarówno w postaci pseudofilozoficznej, jak i pseudodoktryny ekonomicznej. Owszem, na KUL-u były wykłady z ekonomii i prowadził je Zdzisław Szpakowski, który analizował doktrynę ekonomiczną komunizmu, ale krytycznie.

Można powiedzieć, że ks. Blachnicki pana formował?

On nauczał, że trzeba być odważnym chrześcijaninem. Właściwie dla mnie ten element formacyjny całego Ruchu Światło-Życie (oazy) polegał na tym, żeby być odważnym człowiekiem, odważnym chrześcijaninem. A ta odwaga polegała na tym, żeby głosić Chrystusa. Głosić Go nie tylko w domu, bo w domu katolickim to było dość łatwe, ale także na ulicy czy w szkole.

Września zapisała się w historii słynnym strajkiem Dzieci Wrzesińskich…

…gdzie komuniści akcentowali, że był to protest młodzieży przeciwko niemieckiemu, pruskiemu zaborcy, natomiast ks. kanonik Kazimierz Kinastowski, wieloletni proboszcz we Wrześni, nieustannie podkreślał, że to był jednak protest dzieci przeciwko katechizmowi w języku niemieckim.

Wiele razy uroczystości rocznicowe tego strajku odbywały się z udziałem prymasa Wyszyńskiego, z wykładami o fundamentalnych filarach polskiego katolicyzmu; o męczennikach – świętym Wojciechu i świętym Stanisławie: jednym, który nawracał niewiernych i drugim, który stawiając się władzy świeckiej, został zamordowany, rozczłonkowany. W kościele farnym, w głównym ołtarzu, jest obraz Matki Bożej Wniebowziętej, po jednej stronie święty Stanisław, a po drugiej święty Wojciech. Były to dla nas ważne odniesienia, o których mówił prymas, a wielokrotnie powtarzał ksiądz Kinastowski.

KUL był uczelnią katolicką w kontrze do ówczesnej władzy?

Dla mnie wybór KUL-u był naturalną chęcią uniknięcia zmagania się na świeckich uniwersytetach z doktryną marksizmu-leninizmu. Dlatego z małej miejscowości, chociaż bliżej był Uniwersytet Poznański, postanowiłem pojechać na studia do Lublina. Ale moje pierwsze kontakty z KUL-em były wcześniejsze i wiązały się z księdzem Blachnickim. Pierwszy raz w Lublinie byłem w styczniu 1970 roku, na zgrupowaniu przedoazowym. To były rekolekcje formacyjne dla najmłodszych animatorów. Ksiądz Blachnicki urzędował w wilii kupionej na Sławinku. Tam odbywały się nasze spotkania. Jedna z koleżanek z oazy była na pierwszym roku psychologii KUL, a druga kończyła maturę i wybierała się na KUL, więc Uniwersytet przez relacje osobiste był obecny w moim życiu.

Paweł Nowacki podczas praktyki naukowej po IV roku studiów na KUL, lato 1979
w Krasiczynie pod Przemyślem. Fot. Archiwum Pawła Nowackiego

Jaki był ksiądz Blachnicki?

Poznałem go jako człowieka bardzo serdecznego, który jednak z niechęcią mówił

o swoich doznaniach historycznych. Może nie tyle z niechęcią, co rzadko o tym mówił. To, co w filmie o księdzu Franciszku („Blachnicki. Życie i światło”, reż. Iwo Kardel, 2021) powtarzają jego najbliższe współpracowniczki ze struktur oazowych, słyszałem od niego kilka razy: „Co najwyżej mogą nas zabić, nie bójcie się”.

Ksiądz mówił wam o niepodległej Polsce?

Nie. W jego wykładach nie było o niepodległej Polsce. To była formacja odwagi i głoszenia Chrystusa w każdym miejscu, w którym się jest. Wierności Chrystusowi. Chrystus jako droga, prawda i życie. W tej perspektywie mogła się pojawić niepodległa Polska. A przecież żyliśmy w PRL. PRL był rzeczywistością oblepiającą człowieka. Peerelowski brud był wszędzie: gazety – „Trybuny Ludu”, telewizja, która usiłowała rozweselać ludzi, ciągle kłamała…

U nas w domu prenumerowaliśmy „Przewodnik Katolicki” – tygodnik archidiecezji poznańskiej. W każdym numerze na końcu, w stopce, był wpisany cenzor – podpisujący się literką i cyferką. Mieliśmy świadomość cenzury i tego, że wszystko jej podlega: druk, każdy modlitewnik. To było oczywiste.

Ks. Blachnicki działał poza cenzurą?

Tak, materiały oazowe przepisywane na maszynie czy powielane na powielaczu ukazywały się i były kolportowane poza zasięgiem cenzury. Według formuły „na użytek własny”, zdaje się. Ks. Franciszek był przez niektórych biskupów traktowany z niechęcią, ale zawsze był broniony i doceniany przez kardynała Wojtyłę i przez biskupa przemyskiego Ignacego Tokarczuka. On uważał, że specyfika pracy oazowej księdza Blachnickiego to odpowiedź Kościoła skierowana do młodych.

Można porównać tamtą oazę do konspiracji?

Nie, komuniści uważali, że to jest nielegalne, ale ks. Franciszek jasno nam mówił, że każdy człowiek ma prawo do modlitwy, także publicznej, a zwłaszcza młodzież. I to działało. A wszystko działo się na tle przepięknych beskidzkich, pienińskich czy gorczańskich krajobrazów. Moja pierwsza oaza była w Barcicach, potem Rytro, Tylmanowa, Łącko. W Krościenku zawsze były w maju oazy-matki, a w okresie wakacyjnym turnusy czternastodniowe. Trafiłem na oazę dzięki lipcowym pielgrzymkom poznańskim. Władze akceptowały tylko pielgrzymkę warszawską, te poznańskie były nielegalne, więc częściowo tajne. To też sprawiało, że młodych, takich 12–13-latków jak ja, pod koniec lat sześdziesiątych te pielgrzymki ciekawiły. Trzy razy na takiej byłem. Milicja traktowała nas chyba bardziej jako turystów, ponieważ pielgrzymka nie szła całą grupą. Grupą wychodziła z poznańskiej fary, a potem rozdzielała się w Tulcach – pierwszym sanktuarium między Poznaniem a Środą Wielkopolską. Szliśmy przez polne drogi, poboczami w trzy–cztery osoby, do Jarocina i Ostrowa. Zatrzymywaliśmy się w kościołach, skąd ludzie brali nas na noclegi do domów. Pielgrzymka liczyła wówczas kilkadziesiąt osób. Ostatni raz szedłem w roku 1971. Wówczas ok. 150 osób wchodziło wspólnie na Jasną Górę.

Na pielgrzymce opiekowała się mną starsza pani. Rodzice mieli do niej zaufanie, a ja jako drugie dziecko w rodzinie cieszyłem się absolutną wolnością, tak nieograniczoną, że to szokowało wtedy – i do dzisiaj mnie szokuje. Pierwszy raz poszedłem na pielgrzymkę chyba jako dwunastolatek, a jako trzynastolatek już jeździłem na oazy. Tam po raz pierwszy dowiedziałem się od koleżanki o Józefie Kurasiu „Ogniu”: mieszkała w Łącku i mówiła, że został zamordowany przez komunistów, bo nie chciał się zgodzić na komunistyczną Polskę. W tych gościnnych, góralskich domach mówiło się o nim.

Pamięta pan arcybiskupa Antoniego Baraniaka?

Tak, ale osobiście go nie poznałem. Nie znaliśmy wtedy też więziennej przeszłości arcybiskupa, o której dowiedziałem się dopiero z filmów i książek Jolanty Hajdasz.

Dlaczego chciał pan studiować historię sztuki?

Nie byłem do końca zdecydowany: iść na polonistykę, filozofię, psychologię czy historię sztuki? Koleżanka z liceum, której dałem cztery kartki z wypisanymi właśnie tymi kierunkami, wylosowała historię sztuki. W 1975 roku zdałem egzamin na KUL, choć było tylko 15 miejsc, a ponad 100 kandydatów, więc to była wielka radość. Kiedy zobaczyłem swoje nazwisko na liście przyjętych, podszedł do mnie Janusz Krupski i przedstawił się jako przewodniczący samorządowej studenckiej instytucji na KUL-u. To była Komisja Porozumiewawcza Stowarzyszeń Akademickich KUL – powołana w momencie, kiedy Janusz Krupski, Piotr Jegliński, Bogdan Borusewicz i wielu innych studentów zaprotestowało przeciwko utworzeniu na KUL Socjalistycznego Zrzeszenia Studentów. Oni skutecznie tę akcję przeprowadzili – wbrew rektorowi o. Mieczysławowi Krąpcowi, ponieważ pojechali z tą sprawą do prymasa Wyszyńskiego i z nim to załatwili. Janusz Krupski przedstawił się jako przewodniczący Komisji Porozumiewawczej Stowarzyszeń Akademickich KUL, która była wówczas realnym samorządem, ale nie mogła się nazywać studenckim, ponieważ samorząd był w PRL zakazany. W tej komisji były studenckie stowarzyszenia kulturalne, sportowe i naukowe.

Wróćmy do propozycji Janusza Krupskiego…

On właśnie wybierał ludzi do współpracy. Podszedł do mnie i zapytał, czy nie przyjechałbym w sierpniu na obóz pracy fizycznej, bo trzeba pomóc w budowie frontonu KUL-u. Powiedziałem, że chętnie, w związku z czym w sierpniu już szukaliśmy w akademiku. To była grupa kilkudziesięciu chłopaków. Mieszkałem w jednym pokoju z Wojtkiem Butkiewiczem i Bogusiem Pietrasiewiczem. Tworzyliśmy zgraną grupę. Na tym obozie pojawiły się różne propozycje działań. Z Wojtkiem Butkiewiczem odmówiliśmy podobno najbardziej atrakcyjnej propozycji, jaką można było wówczas mieć, czyli uczestnictwa w teatrze na słynnej Scenie Plastycznej Leszka Mądzika, który nas zaprosił do współpracy. Był nawet pokazany spektakl, ale Wojtek studiował romanistykę i nie chciał, a ja powiedziałem, że nie będę się bawił w żadne kukiełki. Może było to obraźliwe dla wybitnego twórcy, na szczęście potraktował to żartobliwie. Tak nie zostałem aktorem

Po pracach fizycznych była wycieczka na Majdanek, do dawnego niemieckiego obozu koncentracyjnego. Janusz opowiadał nam o polskich więźniach, o masakarze, której dokonano na więźniach żydowskich i o dniach po 22 lipca 1944 roku, kiedy wkroczyli tam Sowieci. Po usunięciu zwałów ciał zamordowanych i odprawieniu uroczystości pogrzebowych obóz na Majdanku stał się wtedy obozem NKWD dla żołnierzy podziemia niepodległościowego. Był obozem filtracyjnym, w którym proponowano wstąpienie do Ludowego Wojska Polskiego, a ci, którzy odmawiali, byli wysyłani do gułagów. Takiej historii nie słyszałem nawet w Wolnej Europie. Była też wycieczka na Zamek w Lublinie, gdzie wówczas było muzeum regionalne i wisiała tylko tablica poświęcona zamordowanym, bo Niemcy tuż przed wycofaniem się wymordowali wszystkich przebywających w więziennych celach. Kiedy Sowieci wkroczyli z I Armią Wojska Polskiego do Lublina, na powrót przekształcili Zamek w więzienie, ale dla żołnierzy podziemia antykomunistycznego i polskich patriotów, o czym też opowiadał Janusz Krupski. To robiło duże wrażenie. Pamiętam, że wieczorem, w pokoju, komentowaliśmy z Wojtkiem, że to jest to, czego właściwie oczekiwaliśmy od KUL-u: że tutaj dowiemy się prawdy historycznej. To był sierpień 1975 roku.

Rok później zaczęliście już drukować poza cenzurą. Jak do tego doszło?

Na pierwszym roku były otrzęsiny, które przygotowywał m.in. student III roku historii sztuki Wit Wojtowicz. Wtedy z Wojtkiem poznaliśmy Wita, który też mieszkał w akademiku. Mieszkaliśmy w sześcioosobowym pokoju, w którym łóżka stały parami obok siebie. Wstawiliśmy dodatkowo ławkę z parku, by ktoś mógł na niej waletować. Co noc był jakiś walet. Na KUL przyjmowano niewielką liczbę studentów: na historii sztuki było 15 osób, na romanistyce 6, a na historii 20. To były limity wyznaczone przez Komitet Centralny PZPR czy Ministerstwo Edukacji, ale byli też wolni słuchacze.

Wit rozmawiał ze mną, osobno z Wojtkiem – i jasno przedstawił nam robotę podziemną: jest konspiracja, powielacz i będzie drukowanie. Każdy z nas się zgodził. Wit był bohaterem, bo w maju 1976 roku w autokarze z teatrem Leszka Mądzika przywiózł z Francji powielacz Roneo Rally 376. Inny kolega, Zenek Mazurczak, zaproponował mi (będąc już człowiekiem Krupskiego, jak to się wtedy mówiło, czyli w tej „konspiracji powielaczowej”) wyjazd do Niemieckiej Republiki Demokratycznej z misją przewiezienia powielacza. Mówił, że sprawa jest niebezpieczna, bo można wpaść na granicy.

Obowiązywała was w tej „konspiracji powielaczowej” jakaś przysięga?

Nie. Sprawa była wyłącznie honorowa – jak wchodzisz, to wiesz, w co wchodzisz. Na początku kontaktujesz się tylko z Witem, Januszem. Potem były spotkania organizacyjne – powstała kwestia druku. Najpierw drukowaliśmy w akademiku, do którego Wit przywoził powielacz, to było w jego albo w naszym pokoju. Drukowaliśmy dopiero wtedy, kiedy wszyscy wyjechali – w zasadzie możliwe tylko podczas przerw świątecznych. Pamiętam, że to były dni w listopadzie 1976 roku.

Co drukowaliście?

Któryś z numerów Komunikatu Komitetu Obrony Robotników i Odezwy na 11 listopada. Były to apele, by składać kwiaty pod pomnikiem Konstytucji 3 Maja. Taki był zwyczaj w Lublinie. Pomnik Konstytucji 3 Maja przetrwał PRL, choć został przesunięty z pierwszej linii, na której – na Placu Litewskim – stanął monumentalny pomnik przyjaźni polsko-radzieckiej. Pomnik Konstytucji 3 Maja został cofniętyw okolice publicznego szaletu.

Pamiętam, że w trzecim Komunikacie KOR-u, który drukowaliśmy, był apel w sprawie aresztowania czy zatrzymania jednego ze studentów KUL za sformułowania antykomunistyczne znalezione w liście do rodziców. Ten chłopak nie robił tego publicznie i nie krzyczał pod tym pomnikiem, tylko napisał w prywatnym liście, że mu się komunizm nie podoba

Znaliście go?

Nigdy go nie poznałem i chyba po procesie już nie wrócił na KUL.

Towarzyszyły emocje temu drukowaniu?

Dreszczyk polegał głównie na tym, żeby nie przyłapali nas szefowie akademika. To był powielacz spirytusowy i trzeba było uzupełniać ten płyn denaturatem, bo spirytus był drogi i niedostępny. Chodziło o to, żeby w akademiku nie śmierdziało denaturatem, bo jego zapach był kojarzony raczej z marginesem społecznym, który się nim upijał. Chodziło o to, żeby nie sugerować, że „walimy dyktę”, bo na terenie całego akademika obowiązywał zakaz picia alkoholu. Na tym polegał problem. Granda byłaby z powodu picia alkoholu w KUL-owskim akademiku, a nie z powodu tego, że w 1976 roku ktoś drukował tam ulotki. Radio Wolna Europa podawało już informacje w jakimś stopniu o nas, że w kraju powstała idea druku niezależnego i walki o wolne słowo. Potem doszliśmy do wniosku, że niepotrzebne jest narażanie instytucji KUL-u na ewentualne represje i zabraliśmy powielacz z akademika.

Kto był wówczas w KUL-owskiej konspiracji?

Janusz Krupski, Piotr Jegliński, Bogdan Borusewicz, Maciej Sobieraj, Janek Stepek, Janusz Bazydło – wszyscy byli mniej więcej w tym samym czasie w kole historyków. Zenek Mazurczak studiował filozofię i germanistykę. To był ten trzon, a my drukowaliśmy z Witem Wojtowiczem, Wojtkiem Butkiewiczem i Michałem Zulaufem już ten duży, poważny druk.

Co to znaczy poważny druk?

W grudniu 1976 roku zapadła decyzja Antoniego Macierewicza, że dostaniemy do drukowania kilkudziesięciostronicowy „Zapis” w formacie A4. Zapadła decyzja, że trzeba przede wszystkim zdobyć papier, bo to będzie duże przedsiwzięcie – w nakładzie 400 egzemplarzy. Żeby wydać kilkadziesiąt stron, trzeba zdobyć kilkaset ryz papieru, a my nie mieliśmy jeszcze wówczas żadnego dojścia do wytwórni papieru.

Jak więc zdobywaliście papier do tego powielacza?

Kiedy dowiedzieliśmy się, że przywieźli papier, ustawialiśmy się w kolejkach w sklepach papierniczych i kupowaliśmy po dwie ryzy, bo więcej ekspedientki nie chciały sprzedawać – papier był produktem reglamentowanym, jak chyba wszystko w PRL (tak samo jak papier toaletowy).

Skąd mieliście pieniądze na taką działalność?

Pierwsze pieniądze wyjął Janusz Krupski ze swojej książeczki oszczędnościowej, natomiast Piotr Jegliński zaczął później wysyłać nam pieniądze z Francji. To były dolary czy franki. W każdym razie były to już pieniądze organizacyjne. Ale kiedy pierwszy raz jechałem do Niemiec, do Erfurtu, żeby przejąć powielacz, okazało się, że spóźnił się ktoś, kto miał mi w Lublinie dostarczyć pieniądze. Kiedy pojechałem już na wakacje do Wrześni, poprosiłem ojca, żeby mi pożyczył pieniądze na wyjazd do NRD, opowiadając, że jadę tam zwiedzać muzea. Jednak moja mama ze swoją kobiecą intuicją błagała mnie, żebym się nie wdawał w Niemczech w jakąś nielegalną działalność, ponieważ ich tajne służby są bezwzględne. Było to dla mnie wstrząsające, wiedziałem o jej historii ze swoimi kolegami czy swoim chłopakiem z harcerstwa we Wrześni, który po wojnie został zamordowany, po prostu zniknął. Wtedy zrezygnowała z harcerstwa, choć przed wojną była zastępową. Z tego czasu został jej tylko powojenny krzyżyk. 1 września 1939 roku, gdy wybuchła wojna, jej ojciec zabrał wszystkie pamiątki, swoje odznaczenia z powstania wielkopolskiego i zamurował je, wraz z harcerskim mundurkiem mamy, w budynku elektrowni, która wkrótce została zbombardowana przez Niemców. Konspiratorzy mają to do siebie, że jak jest totalne działanie wroga, to wszystko kończymy i likwidujemy. Tak zrobił też mój dziadek, który zmarł w 1951 roku.

Mieliście tajne spotkania poza Lublinem?

Tak, z Krupskim, a z Bogdanem Borusewiczem poznałem się w Sopocie – on skończył studia na KUL w 1975 roku i przyjeżdżał już tylko incydentalnie, kontaktując się wyłącznie z Januszem Krupskim. Borusewicz był związany z całą inicjatywą druku niezależnego, tyle że już wówczas był związany z KOR-em, a potem z WZZ-ami. Na Wybrzeżu tworzył je Krzysztof Wyszkowski, więc gdy jeździłem do Gdańska, trafiałem do niego z paczką „Spotkań” czy innej bibuły. Później w Sopocie także działaliśmy razem. Pamiętam ulotki na uroczystości w Trójmieście. To był 1978-79 rok. Do dzisiaj nawet mam zachowany w formacie A4 jeszcze niepocięty arkusz ulotek, które były odbijane na wałku i ramce – takie plakaciki zapraszające na uroczystość złożenia kwiatów pod bramą Stoczni. Pamiętam też spotkania u Andrzeja Butkiewicza w Gdańsku, brata Wojtka Butkiewicza. Andrzej był też podziemnym drukarzem i w jego małym mieszkanku zawsze były spotkania operacyjne przed gdańskimi uroczystościami 3 maja. Pochód wychodził po mszy z Bazyliki Mariackiej pod pomnik króla Jana III Sobieskiego. Tam poznałem Andrzeja Kołodzieja i Arama Rybickiego.

Jak wyglądał pana wyjazd po powielacz do wschodnich Niemiec?

To było latem 1977 roku. Trzy podróże, ponieważ ten powielacz był rozmontowany i wiozłem go w częściach, żeby nie wpadł jako cały. Zawsze można było wytłumaczyć, że to części do pralki albo coś podobnego. Cały kanał przerzutowy funkcjonował pod opieką Zenona Mazurczaka, chłopaka ze Wschowy, który świetnie znał niemiecki, gdyż studiował germanistykę na KUL i był dobrym organizatorem. Miał jakiś swój kontakt w Erfurcie, tam ludzie dowieźli z Francji od Piotra Jeglińskiego powielacz. Nie przechodzili kontroli celnej na granicy niemiecko-niemieckiej, bo gdy deklarowali, że jadą do Polski, to kontrolę celną mieli mieć dopiero na granicy enerdowsko-polskiej. Zwyczajowo było tak, że przyjeżdżali z Francji i w Erfurcie zostawiali powielacz, matryce czy nielegalne książki pod adresem, który wcześniej dostawali, a my to stamtąd odbieraliśmy. Przy czym Zenek wcześniej jechał, rozbierał powielacz na części i pakował do toreb. Na dworcu w Erfurcie, w toalecie, zamienialiśmy się tylko torbami, które były identyczne i zostały zakupione wcześniej w Polsce. Szlak przez Erfurt nigdy nie wpadł.

Ani ci Niemcy nie zostali zdekonspirowani, ani Zenek, którego nawet nie ma w papierach ubeckich, nic nie ma, żeby cokolwiek robił. Raz został zatrzymany w pociągu, w Stalowej Woli, kiedy jechał z grupą studentów KUL na pogrzeb Stanisława Pyjasa. Wtedy został zanotowany przez bezpiekę, więcej nie ma o nim śladu.

Druga droga przerzutowa prowadziła przez Drezno. Byłem wtedy razem z Michałem Zulaufem i był tam „legendarny” Kazimierz Charzewski. „Legendarny”, bo zdradził i został agentem Służby Bezpieczeństwa. Przekształcony w nielegała, który wyjechał, żeby najpierw śledzić Piotra Jeglińskiego w Paryżu, a potem za jego poręczeniem trafić do Wolnej Europy. Został jednak zdekonspirowany w Paryżu przez Piotra i skończyła się jego działalność, bo aresztował go kontrwywiad francuski, pod którego ochroną jako emigrant polityczny był Jegliński. SB zrobiło wobec niego operację „Reszka”. Francuzi go dwukrotnie ostrzegali o planowanym zamachu. Operacja „Reszka” nie doszła do skutku, ponieważ francuski kontrwywiad ją przechwycił i zneutralizował. Powstał o tym w 2009 roku spektakl Teatru Telewizji „Operacja Reszka”, w którym Jan Wieczorkowski grał Piotra Jeglińskiego. W archiwach SB zachowała się dokumentacja tej operacji, ponieważ toczyło się śledztwo przeciwko Jeglińskiemu, akta poszły do prokuratury wojskowej w Lublinie i nie wróciły już do Warszawy. W Warszawie akta wydziału, który prowadził tego typu operacje, specjalne zostały zniszczone.

Czy jadąc z Erfurtu lub z Drezna, wiedział pan, że jest obserwowany przez SB?

Nie. To była taka sytuacja, że wieziesz jakieś graty w torbie czy plecaku, a Niemka, która robi w pociągu kontrolę celną, widzi, że wszyscy przewożą na handel tysiące lizaków, słodyczy, długopisów… Gdyby mnie pytano, co będę robić w Niemczech, wiedziałem, co mówić: jako student historii sztuki jadę zwiedzać drezdeńskie muzea.

Zawsze na wierzchu była brudna bielizna, brudne skarpety, tak na pokaz – i kiedy celniczka wkładała rękę do torby czy plecaka, te brudy ją trochę odrzucały – a najważniejsze rzeczy były schowane na dnie, pod brudnymi rzeczami.

Zdjęcie operacyjne SB. Od lewej Michał Zulauf i Paweł Nowacki na dworcu PKP w Krakowie w trakcie podróży z Drezna (7 grudnia 1977). Fot. Archiwum IPN

Jaki był ten agent SB Kazimierz Charzewski?

Było w nim coś podejrzanego w tym sensie, że nas zwodził, potem zaprosił do akademika politechniki w Dreźnie. Zwodził nas, że musi gdzieś pojechać, że jedna paczka wpadła w pociągu, że nie ma wszystkiego, co miał mieć… A my nie wiedzieliśmy, co w ogóle mamy od niego zabrać, więc on sam robił jakieś ściemy. W końcu, jak nas już objuczył torbami z bibułą – zaprosił na kolację do restauracji o nazwie „Domek włoski”. To była wystawna kolacja, jak się wydaje, za pieniądze SB. Z tej wyprawy zachowało się zdjęcie operacyjne SB – opublikowane niedawno – na którym jesteśmy z Michałem Zulaufem z tymi identycznymi torbami na dworcu w Krakowie – jako emisariusze z Zachodu, którzy wwożą nielegalne książki. Informację, że będziemy w tym pociągu, nadał SB właśnie Charzewski.

Na jakich powielaczach pracowaliście?

Pierwszy powielacz, nazywany Francuzką, przywiózł Wit. „Zuzia” to był nasz drugi powielacz. Z czasem od tych powielaczy po prostu się roiło. Sam przywiozłem dwa i to już farbowe. Jeden powielacz trafił przez Janusza Wronikowskiego, który był oficerem marynarki handlowej. Piotr Jegliński mu dostarczył do któregoś z portów francuskich. W Gdyni Janusz dał go na przechowanie do Andrzeja Butkiewicza, ale zaczęli go używać w Ruchu Młodej Polski i była potem kłótnia, bo nie chcieli go oddać. Ojciec Ludwik Wiśniewski pośredniczył w negocjacjach, więc w końcu im go zostawiliśmy.

Na początku działania obowiązywało precyzyjne rozróżnienie między drukarzami a kolportażem. Dostarczaliśmy wydruki Krupskiemu, który to kolportował dalej i cała sprawa polegała na tym, że Lublin jako miejsce nielegalnego druku był ukryty przez długi czas, aż do 1978 roku. Wszystko, co wydrukowaliśmy, oprócz kilku egzemplarzy, które trafiały do Andrzeja Paluchowskiego, dyrektora Biblioteki KUL, jechało do Warszawy, żeby ubecja szukała drukarzy w Warszawie, a nie w jakimś Lublinie. W związku z czym, gdy wydrukowaliśmy pierwszy „Zapis”, to Dana Winiarska, która wyszła później za Jacka Kuronia, przywiozła nam „Zapis” z Warszawy, żeby nam pokazać, co tam chłopcy z Warszawy drukują fajnego. A nam właśnie o to chodziło, tak?

Wiedzieliście, kto to woził do Warszawy?

O pierwszych numerach nie wiedzieliśmy. Później woziłem „Spotkania” do lokali konspiracyjnych na Żoliborzu, na Pradze, gdzie poznałem Antoniego Macierewicza.

Jak wyglądało drukowanie?

Wydrukowaliśmy pierwszy numer „Zapisu”, trwało to dosyć długo. Wyprowadziliśmy się z powielaczem z akademika. Wynająłem pakamerę – takie poddasze w willi na ulicy Sienkiewicza 26 w Lublinie, obok wynajmował stancję Janek Stepek, byli tam też jacyś studenci i studentki z Akademii Medycznej i Michał Zulauf chyba też tam mieszkał. Ta pakamera za jakieś małe pieniądze była zimna, nieizolowana. Powiedziałem właścicielom, że studiuję jako wolny słuchacz, przyjeżdżam co dwa tygodnie, więc dwie noce prześpię sobie w śpiworze, a przez cały dzień będę na uczelni albo w bibliotece, taka ściema. W tej pakamerze był przechowywany powielacz „Zuzia”. Drukowaliśmy z Wojtkiem u Janka, który wynajmował dwa pokoje i tam było ciepło, a po wydrukowaniu chowaliśmy do tej pakamery powielacz i papier. To był 1977 rok. Pierwszy numer „Zapisu” wyszedł na tym powielaczu spirytusowym. Był drukowany w zimie, chyba od stycznia. Pierwsze kalki przywoził Janusz Krupski od Antoniego Macierewicza. Potem, chyba w marcu czy kwietniu, aresztowali KOR i łącznikiem stał się Maciek Kuroń, syn Jacka Kuronia, który wtedy był szczuplutkim, bardzo sympatycznym chłopakiem. Od niego dwa razy odbierałem kalki na dworcu w Lublinie. Aresztowanie KOR-owców spowolniło kontakty, ale w maju dostaliśmy ostatnie przepisane kalki gotowe do druku, a matryce pod koniec maja. Była jeszcze czerwcowa sesja na studiach, wszyscy się uczyli, żeby zaliczyć drugi rok. Jak się sesja skończyła, wynajęliśmy dwupokojowe mieszkanie na ulicy Skołuby, przewieźliśmy powielacz, uszczelniliśmy wszystkie drzwi i okna, żeby nie śmierdziało denaturatem i tam drukowaliśmy już większą ekipą. Był Wit Wojtowicz, Wojtek Butkiewicz, Michał Zulauf, Tadek Hofmański, Boguś Pietrasiewicz – czyli nasza ekipa z pokoju w akademiku.

Tam zdarzyła się słynna historia omdlenia…

Tak, zemdlał nam Tadzio, który palił gigantyczne ilości papierosów. Zatruł się oparami denaturatu, więc podjęliśmy decyzję, że trzeba go szybko zawieźć do akademika, bojąc się, że będziemy musieli go zawieźć na pogotowie, ale jakoś otrzeźwiał i szedł już sam, nie musieliśmy więc go nieść do taksówki. Trochę poleżał w akademiku, doszedł do siebie – i żyje do dziś. Ale potem już z nami nie drukował, skoncentrował się na swojej poezji. Natomiast druk, który skończyliśmy w czerwcu, został obwieszczony przez Wolną Europę jako sukces wolnego słowa. W tym pierwszym numerze „Zapisu” ze stycznia 1977 roku byli wydrukowani głównie twórcy literaccy: Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki, Kazimierz Brandys, Jerzy Ficowski, Jerzy Andrzejewski, Wiktor Woroszylski, Jacek Bocheński, Barbara Sadowska, Jakub Karpiński, Marek Nowakowski, Kazimierz Orłoś, Jerzy Narbutt, Barbara Toruńczyk, Andrzej Drawicz, Tomasz Burek i Antoni Słonimski. Tak, tam były przecież dawne „pieszczochy socjalizmu”, ale sytuacja po wydarzeniach w Radomiu w roku 1976 była już inna, były protesty dotyczące zmian w Konstytucji. Wśród tych intelektualistów obudziło się jakieś wspólnotowe poczucie: nie dajmy się stłamsić, mówmy prawdę o otaczającej rzeczywistości. Pojawiła się kategoria wolnego słowa, uwolnienia się od cenzury.

Jak się nazywało wasze wydawnictwo?

Nieocenzurowana Oficyna Wydawnicza.

Dlaczego pierwszy „Zapis” miał okładkę inną niż kolejne numery?

Pierwsza okładka była rysowana przez Wita Wojtowicza – z kagankiem oświaty. Do drugiego numeru była już dostarczona z Warszawy okładka fotograficzna.

Gdzie go drukowaliście?

Okazało się, że jednak najwygodniej byłoby, gdybyśmy wydrukowali ten „Zapis” nie na Skołuby, ale w spokojnym domku. Padła propozycja, żebyśmy pojechali do Zagnańska pod Kielcami, gdzie mieszkał Maciej Sobieraj, którego rodzice wyjechali na miesiąc do sanatorium. To był duży dom na odludziu. Miejscowość o rozrzuconej zabudowie. Budynek w ogrodzie był absolutnie bezpieczny i można było pracować przy otwartych oknach. Powielacz zawieźliśmy trabantem. Wtedy wydrukowaliśmy drugi numer „Zapisu”. Ten drugi numer ukazał się już pod zmienioną nazwą oficyny – zamiast „nieocenzurowanej” pojawiła się Niezależna Oficyna Wydawnicza – NOWA.

Podczas drukowania prowadziliśmy zresztą bardzo ciekawe rozmowy o historii współczesnej. Koledzy opowiadali o wykładach Władysława Bartoszewskiego z historii, o Polskim Państwie Podziemnym i skali wydawniczej, jaka funkcjonowała w okupowanej Polsce w czasie II wojny światowej. Drugi numer „Zapisu” ukazał się bez problemów. Potem, we wrześniu, mieliśmy drukować trzeci numer. No i wtedy nastąpił dramatyczny kryzys.

Na czym on polegał?

Wydrukowaliśmy może 100 egzemplarzy. Czekaliśmy na drugą część nakładu i nagle przyjeżdża facet z Warszawy, który mówi, że nie będzie drugiej części, ponieważ Mirek Chojecki znalazł swoje dojście do druku i wydrukuje ten „Zapis” u siebie, na jakimś powielaczu.

Co to było za miejsce?

Dziś mogę podejrzewać, że trzeci numer „Zapisu” został wydrukowany dzięki pomocy SB. Aktywny był przecież Paweł Mikłasz, podziemny drukarz i tajny współpracownik bezpieki wśród opozycji.

Co zrobiliście z tym trzecim, niewydrukowanym numerem „Zapisu”. Przekazaliście do Warszawy?

Niestety… trudno się o tym mówi, ale musieliśmy część tego wydrukowanego, ale niepełnego nakładu zniszczyć, czyli spalić. Z Witem Wojtowiczem paliliśmy go w kotłowni w akademiku. Ryzy papieru trudno się palą, a trzeba, żeby się spaliły do końca, więc trwało to długo. To był poważny kryzys między środowiskiem lubelskim a warszawskim i Mirosławem Chojeckim, który przecież zablokował nam drukowanie „Zapisu” w Lublinie.

Pamiętam, że Januszowi Krupskiemu, który zawsze był bardzo spokojnym i opanowanym człowiekiem, wtedy „gul strzelił”. Pojechał to jakoś rozwiązać i przyjechał z informacją, że na prośbę różnych środowisk odbył rozmowę z Mirkiem Chojeckim i uzgodnili, że druk „Zapisu” będzie już robić Warszawa. Ale zaproponował, że lubelskie środowisko z KUL chce podjąć się redagowania i wydawania niezależnego pisma katolickiego. Na co otrzymał odpowiedź od Mirka Chojeckiego, że oni zdecydowali – choć do dziś nie wiadomo, kim byli wówczas „oni” – że NOW-a nie będzie wydawała żadnych konfesyjnych pism. Nie to nie. Mamy swoje powielacze, swoich drukarzy, swoją redakcję, nie musimy nikogo z NOW-ej prosić o zgodę. Robimy swoje wydawnictwo. Tak powstało Pismo Młodych Katolików „Spotkania”, z wizją wydawania książek pod szyldem Biblioteki „Spotkań”.

Niedawno zmarł Mirosław Chojecki, jak pan patrzy teraz na jego działalność?

To był niewątpliwie dzielny i ambitny człowiek. NOW-a, którą przejął z Lublina stała się największym i najprężniejszym wydawnictwem podziemnym w czasach PRL-u. Ale jego ambicje oraz profil wydawniczy narzucany przez środowisko Adama Michnika sprawił, że obok NOW-ej pojawiło się całe mnóstwo innych wydawnictw, które realizowały swoje własne plany wydawnicze. Tak więc jego początkowa próba „ocenzurowania” ruchu wydawniczego z profilu konfesyjnego spaliła na panewce. W Polsce po 1989 roku jego działalność jako scenarzysty, reżysera i producenta filmów dokumentalnych jest nieoceniona. Zrealizowanie bez mała setki filmów dokumentalnych dotyczących historii najnowszej to wyczyn doprawdy wyjątkowy. Mieliśmy z Mirkiem kilka „zderzeń czołowych” i niemało polemik, dziś za duszę tego Kawalera Orła Białego odmawiam pacierze. Niech spoczywa w pokoju.

Pierwszy numer „Spotkań” ukazał się w październiku 1978 roku. Działaliście na własny rachunek…

…i już nie było tego kamuflażu, że to druk z Warszawy. Ze Zdzisławem Szpakowskim miałem dwa spotkania konspiracyjne. Powiedział mi wtedy, że nasza konspiracja nie będzie taka jak w czasie wojny i musi polegać na tym, że dość szybko zostaniemy zidentyfikowani, bo tutaj, na KUL-u, wszyscy wszystkich znają. To było niewielkie środowisko i wiadomo było, kto co robi, kto z kim sympatyzuje, kto się z kim spotyka. Wystarczyło wyjść po wykładach na przerwę i zobaczyć, kto z kim rozmawia w arkadach, kto jest w kole historyków… On mówił, że nasza konspiracja musi polegać na tym, żeby wiedzieć, jak szybko urywać ogon, bo nas obserwują, tak jak mogą. Czy to są też nasi koledzy? Nie wiadomo. Chodziło o to, żeby nikt za nami nie szedł, kiedy się szło na robotę. Było kilka instrukcji, jak się mijać na ulicy i jak się zachowywać podczas przesłuchania. Szpakowski był szalenie sympatycznym wykładowcą i uczył podstaw ekonomii, historii ekonomii od starożytności do czasów współczesnych. Był jednak – o czym w ogóle nikt nie wiedział i chyba do dzisiaj nie ma tego nigdzie oficjalnie napisanego – egzekutorem w Narodowej Organizacji Wojskowej.

Gdzie w Lublinie spotykaliście się poza uczelnią?

Środowiskowo funkcjonowało miejsce pod nazwą Salon Wronikowskich, w którym odbywały się – zwykle raz w miesiącu – przesympatyczne spotkania, co było nade wszystko zasługą gospodarzy Bożeny i Janusza Wronikowskich. Czasami zajeżdżał ktoś z Towarzystwa Kursów Naukowych, często profesorowie KUL, jak Jacek

Woźniakowski czy Tadeusz Chrzanowski, którzy po pierwsze byli autorami i pisali do „Spotkań” pod nazwiskiem, po drugie byli profesorami na uczelni, w związku z czym przyjeżdżali raz na miesiąc, bo „Kraków” przyjeżdżał na KUL raz na miesiąc. Nigdy u Wronikowskich nie mówiło się o rzeczach technicznych, o druku czy kolportażu, ale jak był nowy numer, to był tam rozdawany. Z IPN-owskich materiałów wiemy, że w tym mieszkaniu był podsłuch.

Kogo jeszcze pan wspomina z przyjaznych waszemu środowisku wykładowców?

Jako młodzi studenci byliśmy zaprzyjaźnieni z pracownikami naukowymi – właśnie z Bożeną Wronikowską, która była wtedy adiunktem i robiła habilitację w katedrze historii sztuki starożytnej i sztuki chrześcijańskiej u prof. Filarskiej. Wybitny uczeń i ostatni doktorant kardynała Wyszyńskiego ks. Andrzej Szostek był naszym kolegą. Mieliśmy z nim ćwiczenia z etyki. On nam mówił, jak dalece trzeba być posłusznym sumieniu, a nie prawu obowiązującemu. Pisaliśmy u niego bardzo ważne prace. To był istotny wykład etyki w czasach komunizmu, że niezgoda na komunistyczne prawo jest słuszna, ponieważ jeśli to jest niezgodne z twoim sumieniem, masz prawo to zakwestionować.

Wszystko wynikało z takiej bardzo sympatycznej atmosfery koleżeńskiej. Nie czuło się różnic międzypokoleniowych. Oczywiście profesorowie byli profesorami. Tadeusz Chrzanowski był dla nas panem profesorem. Jacek Woźniakowski był panem profesorem. Profesor Barbara Filarska, przesympatyczna postać, była panią profesor. Z młodszymi pracownikami byliśmy zaprzyjaźnieni, więc byliśmy po imieniu. W koleżeńskich relacjach rozgrywały się też wszystkie nasze sytuacje z Januszem Krupskim, który jako doktorant na KUL-u miał zajęcia na historii. Potem mu je ograniczano, a w końcu zabrano. Mieszkał w Lublinie, na ul. Gospodarczej i od pierwszego numeru „Spotkań” był podawany do kontaktu jego adres domowy.

Chodził pan na wykłady kardynała Karola Wojtyły?

Raz byłem na jego wykładzie fenomenologicznym, ale nie byłem w stanie pojąć, o czym mówi, w związku z czym zrezygnowałem z tego kursu. Był to język filozofii współczesnej. Jak nie masz opanowanego tego języka, to masz wrażenie, że nie wiesz, o co tam chodzi.

Poinformował pan również Wolną Europę o strajkach w Świdniku i Lublinie.

Tak, w mieszkaniu Wronikowskich miałem przygodę dziennikarską w lipcu 1980 roku, kiedy wybuchły strajki na Lubelszczyźnie. Kiedy przyjechałem pisać pracę magisterską, miałem klucz do tego mieszkania, ponieważ Bożena i Jan Wronikowscy (Jan był oficerem marynarki handlowej i pływał na statkach) w 1980 roku dostali wreszcie zezwolenie, aby z całą rodziną popłynąć w daleki rejs do Ameryki Południowej. Z ich telefonu mówiłem o strajkach Jackowi Kuroniowi. Początkowo była to świetna przygoda – Wolna Europa podawała niezwykle precyzyjne dane o kolejnych strajkujących zakładach na Lubelszczyźnie. Ale gdy Jacek Kuroń odmówił przekazania do RWE informacji o oblaniu farbą pomnika przyjaźni polsko-radzieckiej w Chełmie 22 lipca, zerwałem tę współpracę. Przyszedł czas „Solidarności” i druk podziemny wszedł na zupełnie inny poziom.

Tak, początkowo nasze powielacze pracowały dla Regionu Środkowo-Wschodniego „Solidarności”, ale gdy oni dostali maszyny offsetowe, natychmiast zaoferowaliśmy swoje usługi „Solidarności” Rolników Indywidualnych. I dla nich pracowaliśmy do wybuchu stanu wojennego, drukując rzeczy związkowe i oczywiście w dużych nakładach „Spotkania”. To był czas niezwykle ciężkiej i wyczerpującej pracy, ale mieliśmy wymarzone narzędzia do obróbki druku: prasę, gilotynę, papier i ciepłe, bezpieczne (do czasu) pomieszczenia.

Zdarzyła się kiedyś wpadka?

Tak. Było to wiosną 1978 roku. Michał Zulauf z Leszkiem Mądzikiem wieźli powielacz. To był powielacz z Francji, który przywiozła pani, która była pracownikiem Muzeum Narodowego w Warszawie. Ten powielacz był monitorowany przez Służbę Bezpieczeństwa, ponieważ zamontowano w nim nadajnik i czekano, kto go odbierze. Michał odebrał go w Kurowie i zatrzymali go razem z Mądzikiem, zapudłowali, a nad ranem bezpieka wkroczyła na ulicę Skołuby 5, mieszkania 68, gdzie byłem i gdzie niestety zabrali nam kilkadziesiąt egzemplarzy drugiego numeru „Spotkań”. Była to więc wpadka dotkliwa. Przeprowadzili rewizję, wszystko zatrzymali, mnie zabrali na przesłuchanie. Michała z Mądzikiem trzymali chyba niecałe 48 godzin. Ta sytuacja potwierdzała słowa Szpakowskiego, że namierzenie nas było dość proste. Ale korzystaliśmy też z rad doświadczonych konspiratorów. Wiele razy udawało nam się urwać bezpiece. Janusz Krupski lubił chodzić, więc dużo chodziliśmy i rozmawialiśmy, a jak trzeba było, urywaliśmy się im.

Jakie miał jeszcze pomysły?

Janusz wyjeżdżał do Małego Cichego, więc wybraliśmy się wspólnie na trasy zakopiańskie. To było w 1981 roku. Janusz postanowił, że trzeba przejść do czynów i wtedy pojawił się koncept powstania legionu polskiego w Afganistanie, do czego zostałem zaproszony i zobligowany do milczenia w tej sprawie. Mieliśmy walczyć z karabinami w rękach z Rosjanami. Legion nie powstał, ponieważ Piotr Jegliński wytłumaczył Januszowi w Paryżu, że to nie ma sensu, że sam szef afgańskich partyzantów przekonywał, że jest to dla nich zbyt duże obciążenie. Dlatego z Polski walczyły tam tylko pojedyncze osoby. Natomiast nasza przygoda w Tatrach zakończyła się niezwykłym momentem, w którym Janusz uratował mi życie, łapiąc mnie, kiedy osuwałem się w przepaść. To jest rzecz, którą pamięta się z wdzięcznością i zobowiązaniem do końca życia.

Janusza nie ma między nami, zginął w katastrofie smoleńskiej. W stanie wojennym ukrywaliśmy się, później został uprowadzony prosto spod Pałacu im. Stalina (Kultury i Nauki) przez ekipę Grzegorza Piotrowskiego i wywieziony do Truskawia, w Puszczy

Kampinoskiej, prawdopodobnie po to, żeby go zabić. Został porzucony w lesie, jego plecy oblano kwasem lub jakąś żrącą substancją. Jednak ocknął się i ocalał. Brakujemi rozmów z nim i jego obecności.

W sumie od października 1977 roku do 1989 roku ukazało się 36 numerów lubelskich „Spotkań”. To pismo spełniło swoje zadanie?

Janusz Krupski w pierwszym numerze, pod pseudonimem Janusz Topacz, napisał wtedy to, do czego wszyscy zmierzaliśmy, że chodzi o niepodległość, aby była „Wolna Polska w Wolnym Świecie”. Można by powiedzieć – spełniliśmy to zadanie – ale to zadanie zawsze jest aktualne, także teraz…

Zdjęcie główne. Fot. Agnieszka Hałaburdzin-Rutkowska

Muzeum Rakowiecka 37

Newsletter

Zapisz się i otrzymuj informacje o wydarzeniach, wystawach i zwiedzaniu oraz o historii Rakowieckiej 37. Bez zbędnych wiadomości.