„Kiedy mama zaczęła rodzić, one krzyczały, żeby przyszła strażniczka, żeby mamę wzięli do szpitala. Tym bardziej że przeszła ciężkie śledztwo”. Tak o własnych narodzinach w więzieniu na Rakowieckiej opowiada Amelia Walicka córka Haliny i Wacława Walickich, więzionych na Rakowieckiej żołnierzy wileńskiej konspiracji AK. Rozmowa, którą dla Biuletynu „Rakowiecka 37” przeprowadził Jarosław Wróblewski została nagrodzona w konkursie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Publikujemy wywiad, który ukazał się w numerze 29 Biuletynu „Rakowiecka 37”.
Jak to jest urodzić się w stalinowskim więzieniu na Rakowieckiej?
To raczej mojej mamie trzeba byłoby zadać to pytanie – jak to jest urodzić dziecko w więziennych warunkach? Wspominała, że miała ciężki poród, nie chcieli jej zabrać z celi do szpitala. Ironią losu jest to, że pomagał jej w porodzie jeniec wojenny Seibold, który był niemieckim lekarzem. On jej uratował życie. Drugi to był Czech, lekarz i jeniec wojenny. Obaj odbywali na Rakowieckiej karę więzienia.
Skąd wiadomo, że poród miał tak dramatyczny przebieg?
Mama mi opowiadała i opowiadały też więźniarki, które w tym czasie z mamą siedziały w celi. Kiedy mama zaczęła rodzić, one krzyczały, żeby przyszła strażniczka, żeby mamę wzięli do szpitala. Tym bardziej że przeszła ciężkie śledztwo i miała kłopoty z ciążą, która była podtrzymywana zastrzykami.
Mama była aresztowana w którym miesiącu ciąży?
W drugim.
Na czym polegało ciężkie śledztwo wobec mamy – ciężarnej kobiety?
To były stójki, karcery, bicie po nogach, stanie godzinami bez jedzenia w zimnym pomieszczeniu – zimą było otwarte okno, a mama była w samej bieliźnie. To było śledztwo prowadzone przez Józefa Różańskiego.
Jak mama o tym mówiła?
Opowiadała, że siedziała gdzieś w piwnicy i było bardzo ciężko, bo słyszała krzyki torturowanych mężczyzn. Twierdziła, że musieli na nich stosować jakieś elektryczne hełmy czy inne urządzenia, bo słyszała, jak mówili: – Zdejmijcie mi to z głowy. Straszne było dla niej siedzenie w tym więzieniu. Była torturowana w ciąży, a po porodzie dalej trwało śledztwo.
…mimo że opiekowała się panią.
Tak, dalej była męczona. Była z Rakowickiej wieziona na rozprawę do Łodzi. Opowiadała, że wieźli ją strażnicy ubrani po cywilnemu. I jak wysiadła z pociągu, to już czekał samochód z młodymi ubekami. Jeden zapytał: – Jak pani myśli, ile pani dostanie lat? A mama odpowiedziała, że już siedziała tyle czasu, była zorientowana, że sprawa jest poważna i może dostać nawet trzy-cztery lata. A on odpowiedział, że mama dostanie 12 lat. Nie chciała uwierzyć. Potem okazało się, że wyrok był 12 lat. Świadkowie nie byli przywiezieni na rozprawę ze względu na ich bezpieczeństwo.
Czyli była to parodia procesu sądowego, a nie proces.
Tak.
Przypomina mi to proces Henryka Kończykowskiego „Halicza” z batalionu „Zośka”, który wspominał mi, że podczas jego procesu po wojnie zeznawał przeciwko niemu jako świadek jakiś mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widział. „Halicz” mówił, że był to tzw. dyżurny oskarżacz. To też była parodia sprawiedliwości – „Halicz” dostał 15 lat. Pani mama siedziała w więzieniu, ale i jej mamę aresztowano?
Mama po pobycie na Rakowieckiej siedziała w więzieniu w Łodzi, na Gdańskiej, a moja babcia Filomena Rytel siedziała prawie dwa lata w więzieniu „dla dobra śledztwa”, bez żadnego wyroku. W Łodzi były bardzo ciężkie warunki i nie dawali mamie nic do jedzenia dla mnie – dziecka. Mama dostawała zupę z ryby z kartoflami – i dla mnie te kartofelki wybierała z tej zupy, ale dawali też grochówkę, która była dla tak małego dziecka nieodpowiednia. Po pół roku zaczęli dawać dla mnie mleko – szklankę dziennie.
Mama wspominała, że na Rakowieckiej kobietom z niemowlętami było ciężko, ale w Łodzi było jeszcze trudniej?
Tak, bo na Rakowieckiej siedziało sporo kobiet z małymi dziećmi, a w Łodzi w więzieniu mama była w celi tylko z drugą kobietą, która była w Łodzi znaną „złotą rączką”. To była złodziejka, z małą córeczkę. Widziałam celę, w której siedziały, była maleńka.
Ile mogła mieć metrów?
Nie wiem, była mniejsza niż te na Rakowieckiej – i nawet strażniczka, która była w porządku wobec mamy i mnie lubiła, mówiła, że było w tej celi ciasno. Ona nawet chciała mnie zabrać kiedyś z więzienia na niedzielę, żebym była może więcej na świeżym powietrzu, bo spacery w więzieniu były tylko dwudziestominutowe, czasem półgodzinne. Mieszkała gdzieś w Pabianicach pod Łodzią, ale władze więzienne się nie zgodziły, ze względu na moje bezpieczeństwo. Uważały, że są za mnie odpowiedzialne, choć nie ja byłam więźniem.
Nie ma pani żadnego wspomnienia więziennego?
Byłam w więzieniu z mamą przez 14 miesięcy. Nic nie pamiętam z tamtego czasu, ale o tyle było dobrze, że byłam przecież z mamą, a nie w żadnym państwowym sierocińcu. Nie miała dla mnie żadnych pieluch czy ubranka. Potem pozwolili napisać mamie list do rodziny, w którym poprosiła o wyprawkę, pieluchy. I ciocia mamy coś przysłała. Babcia zabrała mnie od mamy, jak miałam 14 miesięcy. Byłam w więzieniu ochrzczona przez mamę „z wody”, a później babcia zorganizowała mój chrzest w kościele w Tuszynie, gdzie rodzicie brali ślub.
Tatę, por. Wacława Walickiego „Tesarro” i mamę aresztowano 23 czerwca 1948 roku w ramach ogólnopolskiej akcji UB o kryptonimie „X” za ich działalność w wileńskiej Armii Krajowej. Proszę opowiedzieć o ich aresztowaniu przez bezpiekę.
Rodziców aresztowali w Solicach-Zdroju, czyli Szczawnie-Zdroju, przewieźli najpierw do Wałbrzycha, a potem wieźli już ich osobno do Warszawy. I już się od tego czasu nie wiedzieli. Mogli uniknąć aresztowania i wyjechać z Polski, ale ojciec nie chciał zostawić swoich podkomendnych, bo czuł się odpowiedzialny za młodzież, był aktywnym harcerzem przed wojną, namawiał, aby się trzymali razem i uczyli, byli wykształceni dla dobra Polski, w którą wierzył – może naiwnie – że kiedyś powstanie. Mama nie chciała znowu zostawić samej swojej matki, bo już była starsza.
W jakim wieku byli wówczas rodzice?
To była różnica wieku dwudziestu lat, mama miała 25, ojciec 45. Wojenna konspiracja ich połączyła. Mama była cały czas w harcerstwie, potem w AK. I potem po wojnie też byli wspólnie w konspiracji. Działanie łączyło ich dalej. Ojciec był bardzo ideowy.
Jak mama wspominała tatę?
Jako bardzo dobrego, przyzwoitego człowieka, wielkiego patriotę i jednocześnie dowcipnego, wysportowanego, dbającego o swoich harcerzy. Cała rodzina wspominała go bardzo dobrze, że był to taki prawy człowiek. Urodził się w 1903 roku pod Mińskiem Litewskim. Gdy zginął jego ojciec na froncie I wojny światowej w 1915 roku, to jego mama Amelia wyszła drugi raz za mąż, za pana Zaliwskiego, który miał pięcioro dzieci. Mój ojciec nie bardzo był zachwycony, że matka wychodzi drugi raz za mąż, ale wszyscy się w tej rodzinie bardzo pokochali. Mieszkali w Mińsku, a po rewolucji w Snowiu niedaleko Nowogródka. Tam po odzyskaniu niepodległości zbudowano szkołę ze składek, ziemiaństwo dawało fundusze, panie oddawały biżuterię. Mój ojciec tam pracował jako nauczyciel matematyki, a także dwóch pasierbów jego mamy, z których jeden był kierownikiem tej szkoły. Bardzo dobrze wychowywali młodzież, bardzo patriotycznie. Tata uczył się też w Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie, wstąpił do wojska, a później do harcerstwa i został harcmistrzem w słynnej wileńskiej „Czarnej Trzynastce”. Kupił też dom w Ponarach, a w październiku 1939 roku wszedł do wileńskiej konspiracji.
Dlaczego tata tak późno się z mamą ożenił?
Może nie miał na to wcześniej czasu? Może mu za dobrze było mieszkać z mamą i przyrodnimi braćmi? Wyjeżdżał za granicę, organizował obozy harcerskie, był społecznikiem, więc możliwe, że nie miał czasu się ożenić, a może nie spotkał odpowiedniej kobiety? Może dopiero po wojnie dojrzał do małżeństwa? Mama była inteligentną, z dużym poczuciem humoru ładną kobietą.
Jakie były jej losy?
Urodziła się w Wilnie w maju 1923 roku. Chodziła do szkoły powszechnej, a potem prowadziła tam drużynę zuchową i jej podopieczną była kuzynka ojca Wanda Sarnecka. W 1940 roku mama ukończyła Szkołę Powszechną „Świt” w Wilnie i gimnazjum krawieckie, później pracowała w fabryce obuwia Brewińskiego, w firmie budowlanej i jako urzędniczka w wileńskim komisariacie miejskim. Pod pseudonimem „Maria” była nauczycielką tajnego nauczania w hufcu harcerskim i pomagała w opiece i dożywianiu rannych w szpitalu miejskim w Wilnie. Działała też w konspiracyjnej Armii Krajowej, razem z ojcem.
A po wojnie?
Po uzyskaniu karty ewakuacyjnej wiosną 1945 roku z ciotkami od strony ojca opuściła Wilno i zamieszkała w Tuszynie-Lesie w województwie łódzkim. W Łodzi ukończyła liceum i w 1946 roku rozpoczęła studia na Wydziale Prawno-Ekonomicznym Uniwersytetu Łódzkiego. Była też łączniczką w konspiracyjnych strukturach Ośrodka Mobilizacyjnego Okręgu Wileńskiego AK – przekazywała korespondencję i fundusze między członkami organizacji. Jesienią 1946 roku spotkała się z ojcem i 29 listopada 1947 roku wzięli ślub w Tuszynie, a ślubu udzielał im jezuita ks. Tomasz Roztworowski, który był zaprzyjaźniony z ojcem z okresu wileńskiego harcerstwa. Tata chorował na astmę oskrzelową, więc przeniósł się do Szczawna-Zdroju – i tam oboje zostali aresztowani przez funkcjonariuszy bezpieki.
Wileńska konspiracja AK opierała się na przedwojennym harcerstwie, co przypomina trochę harcerski batalion AK „Zośka” – jego siłą byli harcerze, którzy znali się z warszawskich drużyn harcerskich.
Tak, oni właśnie znali się z obozów harcerskich, wspólnych działań, choć Wilno nie było takim dużym miastem jak Warszawa, ale powiedzmy, że rodziny z wileńskiej klasy średniej znały się ze sobą, ponieważ mieszkali tam z dziada pradziada, to były rodziny wielopokoleniowe, więc wiedzieli, kto jest porządny, a kto nie. To było ważne, żeby być przyzwoitym, to była duża presja społeczna w Wilnie. Ludzie żyli honorowo. Pamiętam, jak babcia – gdy ktoś zachował się źle, zrobił coś nie tak – mówiła: W Wilnie nikt by się tak nie zachował. Może to Wilno idealizowała, ale ludzie tam sobie mocno pomagali.
Mama tęskniła za Wilnem?
O, tak. Mama tęskniła za swoją młodością. Moja babcia chyba jeszcze bardziej tęskniła za Wilnem. Myślała na początku, że wróci do Wilna. Ale jak posiedziała w więzieniu, to już przestała tak myśleć. Nie znosiła Polski centralnej. Pierwszy raz była w Warszawie, gdy przywieźli ją do więzienia na Rakowiecką. W Warszawie miała do czynienia głównie z ubekami. Wiedziała, jacy są ludzie w tym mieście po wojnie. W Warszawie po prostu ludzie byli inni niż w Wilnie.
W Wilnie był ważny ośrodek legalizacyjny fałszywych dokumentów. Później od 1948 roku fabrykowano je również w Warszawie. Według badań Piotra Niwińskiego, wileńscy konspiratorzy wyprodukowali aż 85 tysięcy fałszywych dokumentów, bardzo pomocnych Polakom. Były również fabrykowane paszporty do wyjazdów za granicę.
Wiem, że mama zawoziła fałszywe papiery do Sergiusza Piaseckiego.
Tego pisarza, autora „Zapisków oficera Armii Czerwonej”?
Tak, on wykonywał w Wilnie wyroki śmierci. Potem znalazł się we Włoszech, mieszkał w Anglii, gdzie zmarł w 1964 roku. Jego syn pracował naukowo na Politechnice Gdańskiej.
Według badań historyków bezpieka po wojnie zatrzymała co najmniej sześć tysięcy osób, z których dwóm tysiącom wytoczono procesy, a pozostałych zwolniono po ciężkim śledztwie. Wszyscy członkowie Komendy Okręgu zostali skazani na karę śmierci. Wyroki wykonano m.in. na ppłk. Antonim Olechnowiczu „Pohoreckim”, mjr. Zygmuncie Szendzielarzu „Łupaszce”, por. Lucjanie Minkiewiczu „Wiktorze”, pani tacie – por. Wacławie Walickim „Tesarro”, kpt. Henryku Borowskim „Trzmielu”, por. Wiktorze Kuczyńskim, por. Jerzym Łozińskim czy por. Edmundzie Bukowskim „Zbyszku”. Do dziś ma pani kontakt z dziećmi ppłk. Olechnowicza czy por. Bukowskiego „Zbyszka”, których, tak jak pani ojca, komuniści zamordowali na Rakowieckiej?
Tak, 12 lat więzienia dostała żona Bukowskiego, Irena. Kiedy ją aresztowali, zostawiła dzieci pod opieką swoich rodziców. 16 osób siedziało z tej rodziny. Mama siedziała z nią. Wiem, że jedna z jej sióstr popełniła samobójstwo w więzieniu. Mama utrzymywała kontakt z Ireną Bukowską, którą bardzo ceniła.
Dlaczego mama dostała tak wysoki wyrok?
Oni w konspiracji jeszcze wierzyli, że będzie trzecia wojna światowa. Mama była też szyfrantką i różne wiadomości wysyłała do gen. Kopańskiego na Zachód. Dużo wiedziała, była ważnym ogniwem. Poza tym była łączniczką. Część pieniędzy przychodziło z Zachodu, przywieźli je Bukowski razem z Olechnowiczem, a mama dalej je rozwoziła, m.in. do majora „Łupaszki”, którego znała. On wtedy ukrywał się na Podhalu z Lidią Lwow „Lalą”.
Prof. Niwiński napisał, że oboje mieli już dokumenty małżeńskie wyprodukowane przez wileńską AK. Komu mama woziła jeszcze pieniądze?
Woziła pieniądze tam, gdzie było potrzeba. Przecież bardzo wielu byłych akowców przyjechało tutaj do Polski bez niczego. NKWD i UB ich poszukiwało i nie mieli z czego żyć. To były takie zapomogi.
Ci wileńscy konspiratorzy meldowali się już na fałszywych nazwiskach, które mieli wpisane w tych dokumentach?
Być może, ale wiem, że zawoziła pieniądze i dokumenty, te z fałszywymi nazwiskami, które produkowali bracia Warakomscy. To były bardzo dobre dokumenty. Działał w tym również wybitny grafik prof. Jerzy Hoppen. Bracia Michał i Romuald Warakomscy byli na Wydziale Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Mama znała ich z czasów okupacji w Wilnie.
Mama tam studiowała?
O, mama wszystko studiowała. I medycynę studiowała, i rysunek. Robiła różne kursy. Była wszechstronnie uzdolniona. Jak wojna wybuchła, miała 16 lat. Chodziła na zajęcia sanitarne i zaczęła studiować, chociaż jeszcze nie miała matury. Chodziła na zajęcia rysunku i malarstwa. Warakomscy prowadzili na uczelni jakieś kursy. Mama po wojnie w Łodzi też zaczęła chodzić do szkoły plastycznej. To jej się bardzo podobało, ale babcia mamie wytłumaczyła, że musi mieć zawód, że pieniędzy z tego nie ma. I tak zaczęła studiować prawo, ale go nie skończyła, bo po drugim roku prawa została aresztowana.
Czy można powiedzieć, że po wyjściu z więzienia czuła się człowiekiem drugiej kategorii?
Mama tak tego nie odbierała. Kto się czuł obywatelem drugiej kategorii, to się czuł. Jednak była grupa ludzi, która nie należała do partii. Nawet bardziej się czuła pierwszą kategorią.
Jednak to nie było takie życie z „wilczym biletem”, pod obserwacją bezpieki?
No i co z tego? Kto się chciał czuć drugą kategorią, to się niech czuje i dziesiątą kategorią. Mama była ciągle taka pełna entuzjazmu. Wśród mamy znajomych nikt się nie czuł drugą kategorią.
Dzięki temu, że wilniuki nie byli osamotnieni, że tworzyli nadal wspólnotę, że nie dali się zniszczyć komunistom?
Czuli się po prostu razem silni i powiem panu, że do dziś tworzymy pewną wspólnotę. Możemy na sobie polegać. Nie zostawimy się… Oni znali się z Wilna, z AK, czy nawet z więzienia – i pamiętali o sobie.
Z góry patrzyli na ubeków? Z pogardą?
Chyba tak.
Mieli żal, że utracili w więzieniach parę lat życia i młodości, że zabili im bliskich?
Po prostu człowiek wtedy robił to, co uważał za słuszne. Mało tego, na przykład mama miała kilka koleżanek, które nie siedziały w więzieniach, nie były w AK, w konspiracji… Po wojnie porobiły jakieś kursy, gdzieś tam później pracowały, ale w zasadzie nic nie przeżyły, nic ciekawego w życiu nie zrobiły.
Chodzi o to, że ich życie w porównaniu z doświadczeniem mamy było jałowe?
Mama była młodą osobą, która poznała w harcerstwie, w AK i w więzieniu dużo ciekawych ludzi, których by normalnie nie poznała. Siedziała w więzieniu z Marią Szelągowską, z Barbarą Sadowską czy Marią Mazurkiewicz. Podszkoliła się w nauce francuskiego, bo w więzieniu często rozmawiały po francusku. Dobrze znała też rosyjski, litewski i niemiecki.
Spotykała się pani na więziennych widzeniach z mamą?
Z tego co wiem, to byłam dwa razy, ale pamiętam tylko raz. Mama siedziała wtedy w Fordonie. Było rano, przyjechałam z babcią, pod więzieniem stała kolejka ludzi, czekających, żeby ich wpuścić. Stał strażnik z karabinem, potem mama przyszła i otworzyli kraty, które nas dzieliły. Innym nie otwierali, ale mama miała pozwolenie, że to spotkanie z dzieckiem – więc kraty otworzyli. Babcia mi mówiła, że mama nie jest w więzieniu, tylko w klasztorze. Byłam przekonana, że tak klasztor wygląda, że w klasztorze pilnują zakonnic z karabinem w ręku. Potem, jak mama wyszła z więzienia i się o tym dowiedziała, była oburzona – uważała, że mówi się zawsze prawdę. Ale na podwórku uchodziłam za specjalistkę od klasztoru, bo tam byłam. Choć sąsiedzi wiedzieli, jaka była prawda, to nikt tego przy mnie nie podważył.
Kiedy się pani dowiedziała, że komuniści zabili pani tatę w więzieniu na Rakowieckiej?
Myślę, że babcia wiedziała, że tata już nie żyje, ale nic mi nie mówiła. Może mówiła, ale ja myślałam, że dużo dzieci po wojnie nie ma rodziców, więc ja w to nie wnikałam. Jak mama wyszła z więzienia, to napisała do władz więzienia i oni odpowiedzieli, że nie żyje. Babcia wysyłała tacie paczki i nie było od niego podziękowań. Odpisali babci, że nie wiedzą, gdzie ojciec przebywa, że nie ma go w rejestrze. Więc myślę, że babcia się domyśliła. To była inteligentna osoba i znała metody bolszewickie. Tym bardziej że siedziała prawie dwa lata na Rakowieckiej, więc myślę, że domyślała się prawdy.
Babcia też była torturowana, dręczona?
Nie do tego stopnia, jak mama. Babcia mówiła ubekom, że nic nie wie, nie pamięta, że jest starszą osobą. Ale były wobec niej stosowane stójki, nogi miała bardzo zniszczone, chore żyły. Swoje wycierpiała.
Babcia była w wileńskiej konspiracji?
Raczej na jej zapleczu, traktowała tę wojenną wileńską konspirację z przymrużeniem oka. Lubiła, jak to towarzystwo przychodziło do domu, bo miały mieszkanie w centrum Wilna, przy ulicy Bonifraterskiej 8 albo 10, za rogiem katedry. Pamiętam, jak babcia stała na podwórku, kroiła koninę i gotowała na niej krupnik czy grochówkę. Mama miała wstręt do koniny, ale konina była tańsza niż wieprzowina, więc babcia, aby ukryć to przed mamą, moczyła mięso w mleku i robiła befsztyki. Nie mogłam się odzywać, żeby mama się nie zorientowała, że to konina. Babcia nie chciała Wilna opuszczać. Jednak okazało się, że dużo jej znajomych zamieszkało pod Łodzią w Tuszynie-Lesie. Mama wcześniej jechała transportem z Wilna do Wrocławia, ale wysiadła w Łodzi napić się herbaty. Na dworcu w Łodzi spotkała swoich kolegów z AK, którzy namówili ją, żeby została. Oni załatwili jej mieszkanie w Tuszynie-Lesie, bo tam mieszkali i działali. Tam była ich spora grupa – i chcieli dalej walczyć. Babcia przyjechała do niej ostatnim transportem z Wilna, z którego nie chciała wyjeżdżać.
Gdzie tata się ukrywał?
W Konstantynowie pod Łodzią. Był zameldowany jako ogrodnik na fałszywych papierach jako Lurdecki. Miał znajomego z kresów, który w Solicach-Zdroju prowadził pensjonat, chyba o nazwie „Belweder”, a ojciec miał problemy z płucami, więc do niego przyjechał i tam się kurował.
Jak bezpieka trafiła na jego trop?
Myślę, że to Zygmunt Augustowski ich naprowadził, gdy go aresztowali w 1946 roku. On był ich informatorem, a druga to była taka przyjaciółka Michała Warakomskiego. Mój ojciec przerzucił go do Włoch, a ona żądała, żeby go sprowadzić z powrotem. Zniknęła ze wszystkimi podrobionymi dokumentami. Ona została aresztowana. Augustowski mówił rodzicom, że uciekł ubekom, ale mama uważała, że oni go wypuścili z więzienia i przyjechał od razu do Olechnowicza i mojego ojca do Świeradowa. Ubecy jeździli za nim. Mama miała żal i do Olechnowicza, i do ojca, bo mówiła, że ją śledzą, a oni to zbagatelizowali, że jej się tylko wydaje.
Mama wspominała rocznice ślubu?
Nie, nic nie mówiła. Nie, nie była tego typu osobą, żeby zdjęcie stawiać i rocznicę obchodzić.
Chodziła do kościoła, była wierząca?
Chodziła tylko, jak były jakieś śluby czy pogrzeby. Mówiła, że nie ten wejdzie do Królestwa Niebieskiego, kto woła: „Panie, Panie…”, tylko ten, kto jest przyzwoitym człowiekiem.
Malowała wizerunki Matki Boskiej Ostrobramskiej…
Miała duży sentyment do Matki Boskiej Ostrobramskiej, do Wilna. To było jej dzieciństwo i młodość. Malowała to z serca, również różne pejzaże czy góry.
A Wilno?
Nie, Wilna nie malowała. Wyjeżdżała w góry, aby malować, była wtedy w innym świecie – może bliżej Pana Boga? Była zadowolona ze swojego życia, że się w nim przyzwoicie zachowała. Miała jednak trochę żal do tych osób, które po wyjściu z więzienia mówiły, że nic nie powiedziały ubekom czy nie doniosły, a potem okazało się to nieprawdą. Z niektórymi osobami po prostu już nie miała ochoty rozmawiać – bo nie było o czym. No bo co powiedzą, tak?
W pani domu mówiło się prawdę o Katyniu?
Naturalnie. Babcia wiedziała o Katyniu. Mama również. Wszyscy znajomi wiedzieli o Katyniu. Ludzie byli z Kresów i wiedzieli, co robią Rosjanie. Nie mówili tego ściszonym głosem.
Proszę jeszcze opowiedzieć o babci Filomenie Rytel.
Babcia była podczas rewolucji w Rosji. Opowiadała, że w Charkowie miała sąsiada, z którym była na wiecu, na którym przemawiał Lenin i jacyś inni bolszewicy. Ten sąsiad powiedział do tego, który przemawiał, że u niego są pierścionki na rękach, a on nie ma co jeść. I babcia już więcej sąsiada nie zobaczyła. Dużo jej znajomych, sąsiadów znikało w niewyjaśnionych okolicznościach. Wiedziała, czym jest komunizm, dlatego może całą tę wojenną konspirację, w której byli rodzice, uważała za coś jakby nie do końca poważnego. Mówiła, że młodzi się bawią. Babcia była rezolutna, studiowała literaturę, ale po rewolucji musiała się w tym komunizmie organizować, więc zapisała się na kurs kroju i szycia – i została krawcową. Miała rosyjskie dokumenty, że jest krawcową z Charkowa. Więc dlatego ją po wojnie zatrudnili.
Wyszła z więzienia, gdy miała 63 lata, musiała pracować i zajmować się jeszcze małym dzieckiem. Pracowała jako krawcowa w prewentorium, to był taki zakład przeciwgruźliczy pod Łodzią. Pomagali też sąsiedzi. Było ciężko, bo były jeszcze maszyny do szycia nożne, a ona miała chore nogi. Zarobki też były niskie, a babcia jeszcze wysyłała pieniądze mamie do więzienia. Zarabiała 540 zł, a wysyłała co miesiąc 150 zł. W tym prewentorium babcia miała też wyżywienie, więc sama jadła zupę, a mi przywoziła drugie danie i deser.
Co było na deser?
Zazwyczaj budyń z sokiem owocowym.
Później pani została wysłana przez mamę do szkoły prowadzonej przez siostry zakonne?
Tak, do Nowego Sącza, była to szkoła podstawowa sióstr Niepokalanek.
Mama panią odwiedzała?
Po co miała mnie odwiedzać? Czy ja chciałam, żeby mnie odwiedzała? Nie. To była szkoła z internatem, bardzo przyjemnie tam było. Mama płaciła za tę szkołę, a podróż z Łodzi do Nowego Sącza sporo kosztowała… Nie było potrzeby, żeby mnie odwiedzać. Byłam samodzielna. Potem byłam w Łodzi w liceum ogólnokształcącym nazywanym Piętnastką. Wtedy mieszkałam z mamą, a potem wyjechałam do Warszawy na studia, na Politechnikę.
Na jakim wydziale?
Budownictwo.
Tak pociągało panią budownictwo?
Nie, do niczego nie miałam specjalnych ciągot. Ale mama tłumaczyła, że po studiach humanistycznych mogę nie dostać pracy, bo ze wszystkiego byłam taka średnia. Mama pracowała w budownictwie. Przed studiami załatwiła mi pracę w biurze projektowym w Łodzi, bo dobrze kreśliłam – i poszłam tą drogą.
Czym się mama zajmowała?
Skończyła technikum budowlane, bo na studia prawnicze już nie wróciła.
Dlaczego?
Powiedzieli jej, że jako osoba karana nie dostanie jako prawnik pracy. I to lepiej, że zrobiła pomaturalne technikum budowlane i pracując później w biurze projektowym awansowała, była zdolna. Mama chciała, abym miała konkretny zawód.
Po studiach wyjechała pani z Polski do Anglii. Dlaczego?
Mama mówiła, żebym wyjechała z Polski. Uważała, że będzie dla mnie lepiej, jak wyjadę.
Bo tu nie ma przyszłości, bo komuna będzie trwała?
Pewnie tak, że ci ludzie będą w Polsce tacy skomunizowani, że lepiej, jak wyjadę. Nie nalegała, nie odczuwałam jakiejś silnej presji. Ale jak wyjechałam i nie wróciłam – to była zadowolona.
Jak to się stało?
Miałam załatwione studia podyplomowe z konserwacji zabytków. Rodzina ze strony ojca, która mieszkała w Anglii, namawiała mnie, aby przyjechać do nich do Londynu na rok – nauczę się angielskiego i zarobię trochę pieniędzy. Doszłam do wniosku, że co mi szkodzi. I wyjechałam. To był koniec 1977 roku – a tam był diametralnie inny świat. W Polsce ludzie pracowali ciężko, a tam więcej się ludzie bawili. Byli na luzie, było inaczej – więc zostałam.
Mama była dzieckiem II RP. Widziała, że to jest wszystko w Polsce narzucone, że kiedyś się skończy, że Polska będzie wolna?
Raczej nie było tego tematu. Wie pan, nie było w tym sensie też, że mama wiedziała, że to wszystko było jednak kierowane odgórnie i używają naiwnych ludzi do swoich rozgrywek. Czytała gazety codziennie, dużo czytała i czuła, że te różne zrywy w Polsce to są rozgrywki wewnątrzpartyjne i lepiej się nie mieszać do ich spraw.
Rozmawiała o tym?
Rozmawiała z jezuitą o. Tomaszem Roztworowskim, który też siedział po wojnie na Rakowieckiej. W Łodzi często mamę odwiedzał. On czytał gazety po rosyjsku, francusku, niemiecku – i dużo razem dyskutowali. Mieli podobne zdania.
Czyli widzieli to jakby z innej perspektywy.
Tak, widzieli to z lotu ptaka, z dystansem.
Wierzyli, że system upadnie?
A upadł?
Nie ma nad nami tej dominacji Kremla.
To pan tak myśli. Po prostu jest inne przeszeregowanie.
Może to pani rozwinąć?
Na przykład w Łodzi sprytniejsi ubecy przejęli fabryki, zrobili interesy, pozakładali kantory. pourządzali się całymi rodzinami. System pozostał.
Czy mama czekała i wierzyła, że odnajdą się szczątki jej męża, zabitego 22 grudnia 1949 roku na Rakowieckiej?
Zmarła w roku 1996. Nie doczekała tej chwili. Nie wiedziała, gdzie mogą być szczątki jej męża.
W 2012 roku przy szczątkach pani taty Wacława Walickiego prof. Krzysztof Szwagrzyk, wspólnie ze swoim zespołem poszukiwawczym z IPN, odnalazł złoty medalik. Spodziewała się pani tego?
Nie, to było dla mnie duże zaskoczenie i wzruszenie. Nie przyszło mi nigdy do głowy, że kiedyś może wydarzyć się coś takiego. Pobierano ode mnie DNA. Pierwszy odnaleziony na Łączce został kolega ojca z wileńskiej konspiracji Edmund Bukowski. Medalik znaleziony przy ojcu pokazał ciągłość, że ojciec myślał o mnie i mamie.
W więzieniu wydrapał na medaliku trzy imiona: Amelia, Halina, Wacek. To było jak znak z tamtego świata?
Tak, żałowałam, że mama tego nie dożyła.
Dlaczego dostała pani na imię Amelia?
Matka ojca, którą bardzo kochał i cenił, miała na imię Amelia. Gdy się dowiedział, że będzie ojcem, rozmawiali o tym z mamą – i wspólnie ustalili moje imię, jeszcze przed aresztowaniem.
rozmawiał Jarosław Wróblewski