Gdy bezpieka zabierała ją z mieszkania w Krakowie jej najmłodszy syn – Krzysio miał kilkanaście lat. Ponownie spotkali się dopiero po ośmiu latach, gdy w lipcu 1955 roku opuściła więzienie. Jadwiga Malkiewicz była jedną z kobiet więzionych na Rakowieckiej. To jej fotografia znajduje się w naszym kalendarzu.
„Mimo cierpień, utraty zdrowia i odseparowania na wiele lat od bliskich, nigdy nie skarżyła się na swój los” – mówił Krzysztof Malkiewicz odbierając w imieniu matki w 2008 roku Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Choć Jadwiga w swoim pamiętniku lata więzienia określiła jako „lata osaczenia przez skoncentrowane zło”.
Jadwigę Malkiewicz UB zabrało z domu w Krakowie w 1947 roku w związku z aresztowaniem jej brata Adama Doboszyńskiego, działacza ruchu narodowego, który trafił do więzienia dwa miesiące wcześniej. Po trzech dniach pobytu w więzieniu w Krakowie została przeniesiona do Warszawy, na tzw. „dziesiątkę”, oddział śledczy mokotowskiego więzienia. Śledztwo prowadził Roman Łaszkiewicz. Jak wspominała w swoim pamiętniku Jadwiga, nazywano go „białym katem”, a jego widok budził grozę więźniarek.
Na wstępie zaznaczył, że jego „metody śledcze różnią się od metod gestapo ale są bardzo skuteczne”. „U nas bohaterów nie ma, u nas nawet ściany mówią, słyszy pani. I pani będzie mówić, pani będzie śpiewać, pani będzie cienko śpiewać, pani Malkiewicz. Radzę więc od początku mieć dobry stosunek do śledztwa i nic nie zatajać, bo to jedno, co może panią uratować od stryczka” – zapisała w swoim pamiętniku Jadwiga Malkiewicz. Łaszkiewicz groził, że w więzieniu jest jej młodszy syn – Krzyś. „Ale zobaczy go pani już tylko raz w życiu, na rozprawie, ale on wówczas nie będzie chciał się do pani przyznać, gdyż będzie się wstydził takiej matki!” – zapisała w swoich wspomnieniach.
Jak następnie opisywała, był to ostatni raz, kiedy podczas śledztwa ktoś zwracał się do niej „proszę pani”. Poniżających epitetów, jak i „wymyślnych metod” śledczych było wiele. Jadwigę próbowano zmusić do zeznań, że już przed wojną była niemieckim szpiegiem. Oficer śledczy podawał nawet numer, pod którym rzekomo figurowała w tajnych dokumentach wywiadu niemieckiego zdobytych w Berlinie. Bezskutecznie.
Gdy śledztwo nie przynosiło oczekiwanych zeznań, Łaszkiewicz oznajmił, że będzie siedziała na Rakowieckiej, bez paczek i odwiedzin bliskich tak długo aż zdecyduje się przyznać do zarzutów. Przyznanie się oznaczałoby podpisanie na siebie wyroku śmierci. Jadwiga dzień i noc słyszała krzyki śledczych, straszliwe jęki i wycie katowanych więźniów. Początkowo śledztwo ograniczano do wyzwisk i gróźb, że jeśli jej milczenie będzie trwało zbyt długo, to w piwnicy są cele ze szczurami, do których może trafić.
Najsilniejszy jest instynkt macierzyński
Wspomina także jeden z najtrudniejszych momentów:
„W pierwszym okresie na >dziesiątce< zdarzył się incydent, który wzmógł ogromnie mój niepokój o syna, Krzysia. Któregoś dnia zbliżywszy się do okna (co było surowo zabronione i karane) zauważyłam, że dwóch sanitariuszy niesie na splecionych rękach chłopca w granatowym ubraniu, z czarną czupryną i z zabandażowaną stopą. (…) Serce zabiło mi gwałtownie, bo choć twarzy nie mogłam z góry zobaczyć, ale wzrost i ubranie przypominały mi Krzysia, który właśnie niedawno wrócił z obozu żeglarskiego z wrzodami na prawej kostce.
Odtąd codziennie o tej porze czatowałam przy oknie. Trwało to około dziesięciu dni. Codziennie nosili chłopca do szpitala i bandaż na chorej nodze był coraz grubszy. Wreszcie któregoś dnia chłopiec ze szpitala nie wrócił. Szalałam. Wszystko było dla mnie jasne! W owym czasie penicylina w Polsce jako lek zagraniczny była bardzo droga. Bałam się, że szpital więzienny jej nie stosował. Bałam się więc, że wytworzy się gangrena i chłopcu utną nogę. Przekonałam się wtedy, że w kobiecie najsilniejszy jest instynkt macierzyński, silniejszy nawet od instynktu zachowania życia.
Momentalnie moje własne sprawy przestały mnie w ogóle obchodzić, liczyła się tylko krzywda mojego dziecka. Nie wiedziałam wtedy, że Krzyś nie był w ogóle aresztowany”.
Po trzech miesiącach więzienia Jadwigę przeniesiono do „jedenastki” na trzecim piętrze. Pewnego dnia z jednej z cel usłyszała szloch i przerażające krzyki chłopca: „Jestem upodlony, jestem upodlony!”. „Wprawdzie głos tego chłopca nie brzmiał jak głos mego syna Krzysia, ale opanowała mnie myśl, że może w tym załamaniu nerwowym głos mu się zmienił” – zapisała w pamiętniku. „Jak się okazało, tym chłopcem był nastoletni Zdzisio, który po śmierci matki był z ojcem w partyzantce. Z powodu załamania przeniesiono go do szpitala. Przez rok nic nie mówił, być może na skutek szoku, albo postanowił udawać niemego ze strachu przez zeznaniami. Po roku zabrali go do szpitala psychiatrycznego w Tworkach i nie wiem co się z nim dalej stało”.
W więziennej celi
Wspominała przeniesienie do przepełnionej celi. W upalne dni było to wyjątkowo uciążliwe. Obok spała Joanna Twarowska, z ostrą gruźlicą. Dusiła się bardzo w tym upale i większość nocy siedziała na sienniku, kaszląc i plując krwią. W czasie okupacji była sekretarką delegata rządu londyńskiego. Jej bardzo ciężkie śledztwo było już zakończone. Umarła trzy tygodnie po wyjściu z więzienia.
Jak wspominała Jadwiga, w celi były także „Zosia Michałowska, Oleńka Stachowicz w ciąży, panie Starost i Misiorowska, która miała już tylko jedną nerkę, a i ta funkcjonowała niedobrze. Lekarz, niemiecki jeniec, zalecił jej zaraz wnieść podanie o przedterminowe zwolnienie, gdyż grozi jej uremia i śmierć w więzieniu. Ale złośliwy przodownik „Kocz” (Szymański) nie dawał jej przez dwa tygodnie papieru i ołówka, w tej sytuacji, gdy każdy dzień miał znaczenie. Mąż Misiorowskiej był więziony za przynależność do organizacji podziemnej, a ją zamknęli bez konkretnych zarzutów, raczej >profilaktycznie<”.
Po pół roku od pierwszego przesłuchania, jesienią była wzywana na kolejne. Oficer śledczy miał na kartce napisane trzy pytania i jego zadaniem było wymusić odpowiedzi. Metody śledztwa były nieludzkie, upokarzające i brutalne…
Z wysoką gorączką, spuchniętą nogą i ropiejącą kością po torturach śledczych Jadwiga znalazła się w więziennym szpitalu. „Doktor pozwolił mi leżeć i dał mi specjalną maść wyciągającą ropę. Leżałam chyba tydzień czy 10 dni i to było zbawienne. Można powiedzieć: na nogi mnie postawiło to, że mogłam leżeć” – opisywała w pamiętniku.
Od stycznia 1949 roku ponownie przeniesiono ją z „jedenastki” na „dziesiątkę”, do celi na parterze. Była w niej także w sierpniu 1949 r., kiedy wykonano wyrok śmierci na bracie. „W czasie procesu, który odbył się w końcu czerwca i początku lipca, nie zostałam wezwana na świadka, tak że nie miałam możliwości zobaczyć go jeszcze przed śmiercią” – relacjonowała.
Nareszcie w domu, w Krakowie
Jadwiga Malkiewicz opuściła więzienie w lipcu 1955 roku – jak wspomniała w swoim pamiętniku. Do Krakowa wracała pociągiem z przesiadką w Bydgoszczy. Jak opisywała wyszła na miasto z zamiarem pójścia do kościoła. „Żeby podziękować Bogu za to, że żyję i że jadę do domu. Szłam główną ulicą. Zanim znalazłam kościół, pierwsza na mojej drodze pokazała się cukiernia. Uległam pokusie, weszłam, usiadłam przy stoliku i zamówiłam 6 ciastek i kawę” – pisała w pamiętniku.
Kolejnego dnia w swoim mieszkaniu w Krakowie trzymała w objęciach młodszego syna Krzysia.
„Opuściłam ten dom przed ośmiu laty jako 44-letnia kobieta, w dwa lata od powrotu lądowałam z Krzysiem w Londynie, gdzie mieszkał mój mąż Zdziś i starszy syn Jędrek. Zdzisia nie widziałam od 1939 roku, a więc 18 lat, a Jędrka – 12 lat. Przez następnych 16 lat, aż do śmierci Zdzisia w 1973 roku byliśmy razem, co uważam za dar, którego się już nie śmiałam spodziewać. W czasie tych tysięcy dni i nocy, kiedy tylko wiara dawała mi nadzieję na przetrwanie” – zapisała Jadwiga w swoim pamiętniku.
Po latach wspominała jeszcze moment wzruszenia: „pewien polonista, który siedział z moim bratem Adamem Doboszyńskim na Mokotowie opowiadał mi jak z Adamem układali razem sztukę, której tytuł miał brzmieć >A miłość z nich jest najważniejsza<”.
Jadwiga Malkiewicz zmarła w styczniu 1986 r. w Londynie. Swoją historię opisała we wspomnieniach wydanych w Warszawie w 1987 r. i w Krakowie w 1994 r. Na ich podstawie, jej syn Krzysztof, nakręcił poruszający film dokumentalny pt. „Śledztwo”.
Małgorzata Jędrzejczyk
Opracowanie na podst. „Wspomnienia więzienne” Jadwiga Malkiewiczowa, Antyk 1987 r.